KOSTARYKA, La Fortuna

Zwykły wpis

IMG_20170204_104524_1490450299514

Nie wiedziałam czy idąc nocą przez kostarykańską dżunglę bardziej boję się węży, pająków, trzęsienia ziemi, nietoperzy czy tego, że się zgubię i już nigdy z lasu nie wylezę. Z wulkanami już się pogodziłam, ale pająki wielkości dłoni?
Do miasteczka o uroczej nazwie la Fortuna dotarłam po jedenastej. Gdybym dojechała parę chwil później przygody tego weekendu potoczyłyby się inaczej. Z perspektywy czasu z przerażeniem myślę, że mogłyby się potoczyć inaczej. W hostelu wpadłam na dwóch Amerykanów, którzy byli moimi towarzyszami podróży już do końca weekendu i pewnie na parę rzeczy bym się nie zdecydowała gdyby nie oni a już na pewno nie wlazłabym nocą do dżungli.

IMG_20170204_135600
Pojechaliśmy na wycieczkę do wodospadu la Fortuna.
Można się kąpać w jego okolicach ale strażnik parku radził nam, żebyśmy byli ostrożni bo oprócz tego, że ciśnienie wody wodospadu jest duże to jeszcze z góry spadają różne zwierzęta, takie jak wiewiórki, szopy i małpy. Spadająca z wysokości 75 metrów małpa może zrobić krzywdę. Ponadto dno wodospadu jest kamieniste. Wspomniane wyżej okoliczności utrudniają zbliżenie się do strumienia wody o staniu pod nim tak jak w reklamie szamponu albo chociażny żelu pod prysznic nie wspominając. Przez huk wody nic nie słyszysz a jak uświadamiasz sobie, że nad tobą spada woda z wysokości dwudziestego piętra uświadamiasz sobie jak małą jesteś istotą i jak łatwo i jak ogromną ilością sposobów natura może cię zabić.

16473205_10209837487746831_1627872762752807996_n

Taksówka z wodospadu la Fortuna do centrum miasta kosztuje 7 dolarów. Można też dojść pieszo, godzinnym spacerkiem. Do la Fortuny prowadzi jedna droga, odruchowo podnoszę rękę i zatrzymuje się pierwszy mijający nas samochód.
Dwójka Amerykanów, w wieku około czterdziestu lat.
– Cześć, jeżeli nas zabijecie to ona miała rację, jeżeli nie to ja- mówi kierowca.
Wsiadamy do samochodu, rozmowa o wszystkim, skąd, dokąd, dlaczego.
– Jesteśmy agentami federalymi, szukamy przemytników.
Uśmialiśmy się z odpowiedzi, chłopcy z miejsca pozwolili sobie na parę żartów, że dobrze, że wszystko wypaliliśmy a ja nieśmiało zauważyłam, że zabawnie, że zupełnie jak w Narcos.
Przygasili trochę naszą draczną atmosferę dodając:
– Jesteśmy z D.E.A., zajmujemy się wyszukiwaniem kokainy, która trafia do Stanów z przesiadką w Kostaryce.
Wyciągnęli legitymacje.
Zaskoczyłam się odpowiedzią, myślałam, że D.E.A. istnieje tylko w filmach. Kevin przerwał w połowie żart o wycieraniu nosa tuż przed wejściem do samochodu i spoważniał. Jako, że oboje chcieli spędzić resztę życia w kraju, w którym spełniają się wszystkie marzenia zamknęli się i podróż do centrum la Fortuna dokończyliśmy w milczeniu.
– Tylko nic nie przywoźcie do Stanów- pożegnali nas jak dojechaliśmy do miasta.

IMG_20170204_134500

Po zmroku idziemy przez las. Włosy niby uczesałam ale jak tylko przekroczyłam próg lasu się rozczochrały.
Boję się węży, pająków, trzęsienia ziemi, wybuchu wulkanu, nietoperzy. Nie przepadam za pająkami. Zwłaszcza wielkości dłoni.
W lesie migają oczy zwierząt. Przez moment myślę, że to jakiś duży kot ale jaguarów tutaj nie ma. Dzielę się obawami z przewodnikiem a on stwierdza, że w dżungli lepiej nie myśleć zbyt dużo.
Może to oczy leniwców. Leniwca zobaczyłabym z bliska.
Idąc nocą po lesie zastanawiam się po co tam lezę. Po co człowiek lezie w miejsca gdzie nie ma ciepłych kołder, drzwi zamykanych na zamek, nocnej lampki przy łóżku i obrusów, na których nie trzeba talerzem przykrywać plam.
Po co leci samolotem na koniec świata chociaż ma lęk wysokości a podczas lotu zawsze spocone łapy jak chomik. Po co chodzi po części świata, w której kładzie swoje ciało na talerz biesiadujących nad nim, roznoszących zikę i malarię komarów.
Po co idzie potargany przez las chociaż równie dobrze mógłby robić w życiu coś pożytecznego, na przykład z uczesanymi włosami rodzić dziecko albo chociaż budować dom.
Nad drzewami unosi się para.
Odbite światło księżyca razi po oczach. Księżyc w Ameryce Środkowej położony jest jak kołyska a nie bokiem jak europejski rogalik. Jest styczniowa noc a my wchodzimy do gorącej rzeki. Ktoś podaje rum, już nawet nie przejmuję się, że przez rum stamtąd nie wyjdę. Nic takiego się nie stanie jeśli stamtąd nie wyjdę. Na kamieniach migają świeczki. Zaczyna padać deszcz. Dalej, w rzece, słyszymy grupkę słowian, jakby jakiś język z byłej Jugosławii, śpiewają piosenki. Kostarykański kolega każe mi położyć sobie błoto z dna rzeki na twarz. Na dole, w mieście za ten zabieg zapłaciłabyś trzydzieści dolarów- mówi. Słowianie śpiewają chyba o miłości. Zbieram z dna kilka kamyków i zabieram je do Łodzi. Siedzimy tam długo.
Za dżunglą naszych lęków jest szczęście.

Poznanym po drodze, dziękuję 🙂

IMG_20170112_095808_HDR

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s