KOSTARYKA, La Fortuna

Zwykły wpis

IMG_20170204_104524_1490450299514

Nie wiedziałam czy idąc nocą przez kostarykańską dżunglę bardziej boję się węży, pająków, trzęsienia ziemi, nietoperzy czy tego, że się zgubię i już nigdy z lasu nie wylezę. Z wulkanami już się pogodziłam, ale pająki wielkości dłoni?
Do miasteczka o uroczej nazwie la Fortuna dotarłam po jedenastej. Gdybym dojechała parę chwil później przygody tego weekendu potoczyłyby się inaczej. Z perspektywy czasu z przerażeniem myślę, że mogłyby się potoczyć inaczej. W hostelu wpadłam na dwóch Amerykanów, którzy byli moimi towarzyszami podróży już do końca weekendu i pewnie na parę rzeczy bym się nie zdecydowała gdyby nie oni a już na pewno nie wlazłabym nocą do dżungli.

IMG_20170204_135600
Pojechaliśmy na wycieczkę do wodospadu la Fortuna.
Można się kąpać w jego okolicach ale strażnik parku radził nam, żebyśmy byli ostrożni bo oprócz tego, że ciśnienie wody wodospadu jest duże to jeszcze z góry spadają różne zwierzęta, takie jak wiewiórki, szopy i małpy. Spadająca z wysokości 75 metrów małpa może zrobić krzywdę. Ponadto dno wodospadu jest kamieniste. Wspomniane wyżej okoliczności utrudniają zbliżenie się do strumienia wody o staniu pod nim tak jak w reklamie szamponu albo chociażny żelu pod prysznic nie wspominając. Przez huk wody nic nie słyszysz a jak uświadamiasz sobie, że nad tobą spada woda z wysokości dwudziestego piętra uświadamiasz sobie jak małą jesteś istotą i jak łatwo i jak ogromną ilością sposobów natura może cię zabić.

16473205_10209837487746831_1627872762752807996_n

Taksówka z wodospadu la Fortuna do centrum miasta kosztuje 7 dolarów. Można też dojść pieszo, godzinnym spacerkiem. Do la Fortuny prowadzi jedna droga, odruchowo podnoszę rękę i zatrzymuje się pierwszy mijający nas samochód.
Dwójka Amerykanów, w wieku około czterdziestu lat.
– Cześć, jeżeli nas zabijecie to ona miała rację, jeżeli nie to ja- mówi kierowca.
Wsiadamy do samochodu, rozmowa o wszystkim, skąd, dokąd, dlaczego.
– Jesteśmy agentami federalymi, szukamy przemytników.
Uśmialiśmy się z odpowiedzi, chłopcy z miejsca pozwolili sobie na parę żartów, że dobrze, że wszystko wypaliliśmy a ja nieśmiało zauważyłam, że zabawnie, że zupełnie jak w Narcos.
Przygasili trochę naszą draczną atmosferę dodając:
– Jesteśmy z D.E.A., zajmujemy się wyszukiwaniem kokainy, która trafia do Stanów z przesiadką w Kostaryce.
Wyciągnęli legitymacje.
Zaskoczyłam się odpowiedzią, myślałam, że D.E.A. istnieje tylko w filmach. Kevin przerwał w połowie żart o wycieraniu nosa tuż przed wejściem do samochodu i spoważniał. Jako, że oboje chcieli spędzić resztę życia w kraju, w którym spełniają się wszystkie marzenia zamknęli się i podróż do centrum la Fortuna dokończyliśmy w milczeniu.
– Tylko nic nie przywoźcie do Stanów- pożegnali nas jak dojechaliśmy do miasta.

IMG_20170204_134500

Po zmroku idziemy przez las. Włosy niby uczesałam ale jak tylko przekroczyłam próg lasu się rozczochrały.
Boję się węży, pająków, trzęsienia ziemi, wybuchu wulkanu, nietoperzy. Nie przepadam za pająkami. Zwłaszcza wielkości dłoni.
W lesie migają oczy zwierząt. Przez moment myślę, że to jakiś duży kot ale jaguarów tutaj nie ma. Dzielę się obawami z przewodnikiem a on stwierdza, że w dżungli lepiej nie myśleć zbyt dużo.
Może to oczy leniwców. Leniwca zobaczyłabym z bliska.
Idąc nocą po lesie zastanawiam się po co tam lezę. Po co człowiek lezie w miejsca gdzie nie ma ciepłych kołder, drzwi zamykanych na zamek, nocnej lampki przy łóżku i obrusów, na których nie trzeba talerzem przykrywać plam.
Po co leci samolotem na koniec świata chociaż ma lęk wysokości a podczas lotu zawsze spocone łapy jak chomik. Po co chodzi po części świata, w której kładzie swoje ciało na talerz biesiadujących nad nim, roznoszących zikę i malarię komarów.
Po co idzie potargany przez las chociaż równie dobrze mógłby robić w życiu coś pożytecznego, na przykład z uczesanymi włosami rodzić dziecko albo chociaż budować dom.
Nad drzewami unosi się para.
Odbite światło księżyca razi po oczach. Księżyc w Ameryce Środkowej położony jest jak kołyska a nie bokiem jak europejski rogalik. Jest styczniowa noc a my wchodzimy do gorącej rzeki. Ktoś podaje rum, już nawet nie przejmuję się, że przez rum stamtąd nie wyjdę. Nic takiego się nie stanie jeśli stamtąd nie wyjdę. Na kamieniach migają świeczki. Zaczyna padać deszcz. Dalej, w rzece, słyszymy grupkę słowian, jakby jakiś język z byłej Jugosławii, śpiewają piosenki. Kostarykański kolega każe mi położyć sobie błoto z dna rzeki na twarz. Na dole, w mieście za ten zabieg zapłaciłabyś trzydzieści dolarów- mówi. Słowianie śpiewają chyba o miłości. Zbieram z dna kilka kamyków i zabieram je do Łodzi. Siedzimy tam długo.
Za dżunglą naszych lęków jest szczęście.

Poznanym po drodze, dziękuję 🙂

IMG_20170112_095808_HDR

KOSTARYKA III, nad jakim Oceanem leży Łódź?

Zwykły wpis

Pracuję w CEN CINAI (Centro de Educación y Nutrición y de Centros Infantiles de Atención Integral, http://www.cen-cinai.go.cr/index.php/cen-cinai/marco-estrategico/mision-y-vision )
CEN CINAI to centra istniejące w całej Kostaryce do których osoby z rodzin uboższych bądź samotni rodzice mogą oddawać swoje dzieci, zazwyczaj w godzinach od 7 do 16-17. Program adresowany jest do dzieci w wieku przedszkolnym. Centra finansowane są przez Ministerstwo Zdrowia dlatego głównym założeniem CEN CINAI jest nie tyle edukacja maluchów co ich prawidłowe odżywianie, dbanie o higienę itp. W centrach nie ma nauki jako takiej. Myślę, że przeznaczenie pieniędzy państowych na taki cel jest bardziej trafne niż dawanie bezpośrednio rodzicom pieniędzy na utrzymanie dziecka, ale to już wedle gustu.

img_20170126_115333
Na trzydziestkę dzieci w różnym wieku przypisana jest jedna opiekunka.
Teoretycznie miałam dzieci uczyć angielskiego ale musiałam zacząć od wytłumaczenia, że jest na świecie w ogóle jest inny język niż hiszpański.
Dzieci zaczęły patrzeć na mnie jak na wariatkę jak powiedziałam, że w moim mieście na ulicach jest śnieg.

– co to jest śnieg?
pytanie z pierwszego rzędu zbiło mnie z tropu.
– to jakby chodzić po lodach śmietankowych.
– a można go jeść? ten śnieg z ulicy?
Powiedziałam, że nie, zwłaszcza tego, który przypomina lody cytrynowe.
– to po co go macie?- kontunuowali.

img_20170124_101000_1487027255820-2
Zabraliśmy się za rysowanie flagi Łodzi. Przy rysowaniu łódki w sposób naturalny dzieciom nasunęło się pytanie:
– nad jakim Oceanem leży Łódź?
Powiedziałam, że póki co nad żadnym.
– To szkoda- stwierdzili- powinna leżeć chociaż nad jednym.
– Klau, a gdzie schowałaś kurtkę?
– jaką kurtkę?
– no z twojego domu z lodu…

Wytłumaczyłam dzieciom, że nie wracam codziennie po pracy do Polski tylko od miesiąca jestem w Kostaryce (i mieszkam w el Carmen de Guadalupe, jeden kilometr za kościołem katolickim w białym domu piętrowym z balkonem).
– tak długo poza domem? Pozwolili ci być tak długo poza domem?
– tak, dorosłym ludziom pozwala się być długo poza domem.
– ty jesteś dorosła?- zapytał J.
Miałam nad nim tę wyższość, że umiałam samodzielnie zapinać buty na rzepy a nawet zawiązywać na sznurówki, jednak mimo to moja dorosłość codziennie była poddawana pod wątpliwość.

Dzieci zafascynowały się historią o smoku wawelskim, nawet moje pojawienie się wprowadziło mały impakt na kostarykańskie życie podwórkowe, usłyszałam.

– dobra, to ty jesteś spidermanem, on Rayem McQueen a ja szewczykiem od smoka!

img_20170117_110316
Dość szybko ulubioną zabawą dzieci stało się czesanie moich włosów (uznawanych tutaj za blond). Moja głowa była jedna, dzieci trzydzieści, zaczęła się wojna. W grę ruszyły takie argumenty jak, „ja zobaczyłem ją pierwszy”, albo „koło ciebie siedziała przy podwieczorku”. Ostatecznie podzieliliśmy włosy na cztery i każdy czesał mnie po trochu, reszta czekała grzecznie w kolejce. Specjalnością moich podopiecznych jest zawiązywanie warkocza z dwóch części. Próbowałam nauczyć trzypasmowego warkocza ale dzieci zaczęły sobie wyrywać włosy między sobą więc zostaliśmy przy dwóch (jeden kosmyk mieści się w jednej rączce i każdy mógł bronić swojej własności).

Problemem było też trzymanie za rękę co też dosyć szybko załatwiliśmy, każde dziecko chwytało mnie za jeden palec, to dziesięć, w drodze powrotnej druga dziesiątka a potem trzecia.

W trakcie sjesty wszechobecny krzyk na chwilę ustaje, trzydzieści małych głowek i trzydzieści par rozbieganych nóżek rozkłada się na materacach. Zaczęłam zdejmować buciki.

– nie można zdejmować butów.- powiedziała dyrektorka

– czemu?

– przecież w każdej chwili może być trzęsienie ziemi a na boso ciężej wyprowadza się dzieci na patio.

Pożałowałam pytania. Z faktem, że w Kostaryce jest więcej aktywnych wulkanów niż ja miałam pryszczy w najbardziej burzliwych dniach mojej młodości pogodziłam się jakiś czas temu ale trzęsienia ziemi jakoś wypadły mi z głowy. Co chwilę mam wrażenie, że tutejsza ziemia drży.

Kocham te moje dzieci.
Fajnie jest być wolontariuszem, dajesz jedno serce a dostajesz trzydzieści.

KOSTARYKA II, Monteverde

Zwykły wpis

img-20170120-wa0018

Przed wyjazdem do dżungli postanowiłam się odpowiednio zabezpieczyć już w Łodzi w repelenty przeciwko insektom. Znalazłam w internecie sklep z militariami, w którym sprzedają silny środek owadobójczy, przez telefon skonsultowałam czy preparat jest dostępny, był, umówiłam się na odbiór następnego dnia o dwunastej w południe.

– dzień dobry, przyszłam po repelent.
Pani uciszyła mnie spojrzeniem. Poczekała aż wszyscy klienci opuszczą sklep, wyjrzała na podwórko czy nikt nie stoi pod drzwiami.
– wie Pani, on chyba jest nie do końca w Unii legalny. To środek, którego używali amerykańscy żołnierze w Wietnamie. Proszę tego nie aplikować przy zegarkach i bransoletkach bo może pani wypalić. Nie ma pani problemów z sercem?

img_20170131_180918_1486471876809
– przewiozę to przez granicę?- zapytałam
– radziłabym owinąć papierem, nigdy nie wiadomo.
Kupiłam tez witaminę B1 i tiaminę bo wtedy wydziela się zapach który odstrasza komary. Kupiłam moskitierę, którą zarzuciłam sobie na słomkowy kapelusz, założyłam spodnie z długimi nogawkami i pomimo upału wysokie buty. Piłam kawę bo ona podobno odstrasza. Od rana nie jadłam owoców, żeby resztki słodkiego zapachu nie zwabiły insektów, założyłam okulary, żeby komary nie wleciały mi do oka. Zdjęłam bransoletki i zegarek.
Dlatego zdziwiłam się gdy mój peruwiański towarzysz założył szorty, sandały i popsikał się tym:

img_20170131_183227_1486471942046
– tak idziesz?- zapytałam z zaświatów wiszącej na moim kapeluszu moskitiery.
– a ty dokąd się wybierasz?
– do dżungli
– a myślałem, że wybierać miód.
Poszliśmy do dżungli.

img_20170122_102535
MONTEVERDE:
Nocleg:
– spaliśmy w hostelu Monteverde Backpacker’s (jednej nocy za 13 usd, drugiej za 15 usd). Śniadanie w cenie (jajka, mleko, płatki, banany, nutella, tosty). Obsługa miła, w miarę czysto, blisko sklepu, do dyspozycji kuchnia. Adres: Al lado del supermercado principal llamado Supercompro, techo verde, grande cantar al aire libre con el nombre del albergue en el lado derecho de la calle. En la entrada principal de Santa Elena Monteverde.
http://www.spanish.hostelworld.com/hosteldetails.php/Monteverde-Backpackers/Monteverde/19204?dateFrom=2017-02-03&dateTo=2017-02-06&number_of_guests=2

img_20170122_100928
Dojazd:
– z San Jose odjeżdżają autobusy do Monteverde z terminala 7/10 ( o 6:30 i 14:30), kosztuje ok.4000 CRC, 8 USD. Przez ostatnich dwadzieścia kilomatrów jedziesz bez przerwy przy przepaści, dla osoby z lękiem wysokości to niesamowite przeżycie.
http://www.hola-costa-rica.com/spanish/monteverde/informacion-turistica/transporte-publico.html
http://terminal7-10.com/ubicacion/ okolice tego dworca nie są bezpieczne, warto zamówić sobie Ubera, żeby do stacji się dostać, zwłaszcza jeżeli podróżujemy bardzo wcześnie rano albo po 19. Miałam odjazd o 6:30 z dworca, mój miejski autobus podrzucił mnie trzy przecznice od dworca więc sobie zaczęłam iść. Z mapą w telefonie w dłoni. Podeszli do mnie policjanci i powiedzieli: „proszę schować telefon, bo na następnej ulicy na pewno pani ukradną” Paul jak zbliżał się do dworca taksówkarz powiedził mu: „schowaj proszę plecak pod nogi bo już parę osób jest nim zainteresowanych”. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn pod dworzec nie dojeżdża żaden miejski autobus.
– z la Fortuny można się dostać łódką przepływając przez jezioro Arenal (20 USD)

img_20170122_091224
Atrakcje:
Bosque Nuboso 20 USD (studenci 10 USD). Z centrum Monteverde jeżdżą do Parque Nuboso publiczne autobusy za 600 CRC (ok. 1,5 USD). Można pójść pieszo ale to godzina przy drodze pod górkę 🙂

received_10210999418169046

(zdjęcie powyżej zrobiła moja kanadyjska koleżanka, też próbowałam go sfotografować ale jak zaczęłam się zbliżać to uciekł- może wystraszyłam do szelestem moskitiery?)

Wiszące mosty w Parku Monteverde 30 USD (studenci 25 USD), trzy kilometrowy spacerek.

(ten ptak na dole to kwezal <3)

dsc03711

Drzewo na które można wejść i z którego są super widoki. Droga do drzewa nie jest w żaden sposób oznaczona. Pod drzewo podprowadza pies bez jednej łapy, podobno jest przewodnikiem już od kilku lat, podprowadza pod drzewo po czym schodzi i gdy spotka kolejną grupę idącą pod górę idzie razem z nimi.

dsc03735
Zip lining, ceny są różne od 45 (35 dla studentów) do 70 USD. Ja pojechałam na tą za 35 i było wysoko (jak dla osoby z lękiem wysokości naprawdę wysoko). Przed skokiem w przepaść długo zastanawiałam się po co właściwie skaczę w tę przepaść. Nogi miałam w konsystencji galaretki a serce prawie wyskoczyło z klatki. Było warto, czułam się jak Indiana Jones.
Zip lining można też zrobic w la Fortuna.
Nocny spacer- za 20 USD nasz hostel oferował nocny spacer po lesie, my zdecydowaliśmy się na spacer do baru.

Znowu nie wiem jak to się stało ale po drodze spotkałam niesamowitych ludzi. Mam wrażenie, że tutaj znajomości zawiera się szybciej niż się zawierało dwadzieścia lat temu w piaskownicach w Parku na Zdrowiu.

Jak tylko się wyśpię opiszę więcej ❤

img-20170120-wa0026-2

A wschód słońca w Monteverde wyglądał tak:

img_20170121_054846

img_20170121_062113

KOSTARYKA, jak wracać do domu

Zwykły wpis

Doleciałam. Przed przekroczeniem granicy dostałam do wypełnienia formularz, musiałam wpisać mój adres zamieszkania w Kostaryce, poprosiłam o adres Juniora, który był moją host rodziną w trakcie wolontariatu, wpisz: „El Carmen de Guadalupe, 1 kilometr za Kościołem Katolickim, biały dom piętrowy z balkonem”, napisał. Jak to przeczytałam to ucieszłam się, że nie poprosiłam o adres wcześniej bo pewnie gdybym go przeczytała zawrociłabym się przestraszona do domu już gdzieś w Kanadzie.
Pokazałam to celnikowi a on to wpisał i się nie zdziwił. Ja się zdziwiłam, że on się nie zdziwił. Przystawił mi pieczątkę, powiedział „Pura Vida” i wpuścił do kraju.

img_20170122_164820
Junior czekał na mnie na lotnisku, przemknęliśmy przez rozgrzane jeszcze miasto, każdy sobie trochę potrąbił, zignorowaliśmy kilka czerwonych świateł, zaskoczeni zahamowaliśmy za „nadgorliwym wariatem”, który zatrzymał się na światłach.
Miasto poszło już spać a ja razem z nim, w ubraniu, dwie minuty po przekroczeniu progu domu.
Słońce szturmem wtargnęło do mojego pokoju koło szóstej. Z „białego domu piętrowego z balkonem, 1 kilometr za Kościołem Katolickim, ” miałam bezpośredni autobus do centrum. Wybrałam się na pierwszą wycieczkę.

img_20170111_100016_hdr
Z rzeczy, które jako pierwsze rzuciły mi się w oczy to, że w Kostaryce ulice nie mają nazw a adresy podawane są w odniesieniu do miejsc charakterystycznych znanych jedynie mieszkańcom. Adresy (te, które się wpisuje na listach) potrafią brzmieć tak: „100 metrów na północ od supermarketu supercompra, w prawo za byłym zakładem fryzjerskim, trzeci dom za budynkiem z zielonym dachem”. To że zakładu fryzjerskiego nie ma od dwudziestu lat a dach już od dwóch pokoleń jest czerwony jest małoważne, przecież zawsze można zapytać.

img_20170112_083520_hdr
Łącząc fakt szaleńczej jazdy mieszkańców tej części świata, to jest traktowanie czerwonego światła jedynie jako sugestię, przekraczanie prędkości, wyprzedzanie na trzeciego itp. nie mogłam ulec pokusie zapytania czy istnieją w tym kraju radary a jeżeli tak to w jaki sposób ewentualne mandaty docierają do swoich właścicieli. „Próbowali wprowadzić radary ale żeby dostać mandat trzeba było podać swojego maila bo listy w tym kraju często nie dochodzą. No to nikt nie podał. I zrezygnowali.”
Na przystankach autobusowych nie ma informacji o tym jakie autobusy zatrzymują się w danym miejscu a na autobusach nie ma informacji o tym na jakich przystankach będzie się zatrzymywał autobus, tylko do jakiej udaje się dzielnicy. Zresztą koncepcja przystanku też jest pojęciem umownym, całe miasto jest jednym wielkim przystankiem, jak akurat zobaczysz autobus udający się w kierunku w którym idziesz wyciągasz rękę i machasz i autobus się zatrzymuje.

Ofiarą braku adresów oraz braku informacji o trasach autobusów stałam się już pierwszego dnia gdy popołduniem wracałam do domu.

Wsiadam do autobusu jadącego w kierunku el Carmen. Autobus pędzi przez plantacje kawy, kościoły zabezpieczone drutem kolczastym, salony piękności i stoiska z owocami. Pamiętałam, że mieszkamy za zakrętem i stoiskiem z melonami. Stoiska z melonami już nie ma. Wysiadam w okolicach domu. Powietrze jest rześkie. Patrzę przed siebie. Szukam domu. Po zmroku wszystko wyglądało jakoś inaczej, może pzez brak oświetlenia a może dlatego, że nie było już tych melonów. Telefon rozładowany. Jestem przekonana, że dom jest przede mną, jest ciemno. Dzień wcześniej obejrzałam zbyt dużo odcinkow Narcos aby teraz spacerować samotnie po przedmieściach latynoamerykańskiego miasta więc postanawiam czekać na kolejny autobus przy chińskim sklepie. Jestem wściekła, że nie poczekałam aż zobaczę dom i wtedy nie pociągnęłam za sznurek (aby zatrzymać autobus trzeba pociągnąć za nitkę zawieszoną przy poddaszu pojazdu). Siedzę jak ta idiotka po zmroku przed chińskim sklepem na przedmieściach San Jose. Nadjeżdża po pół godzinie, siadam tuż przy kierowcy, przyklejam nos do szyby i szukałam w mroku domu. Kierowca pyta gdzie mieszkam „El Carmen de Guadalupe, 1 kilometr za Kościołem Katolickim, biały dom piętrowy z balkonem”, mówię. Doskonale wiedział o tym on jak i ja, że jeden kilometr za kościołem Katolickim mógł być zarówno jednym kilometrem jak i pięcioma. Kierowca przemieszcza się taką prędkością, że z łatwością mógłby nas wyprzedzić pierwszy lepszy ślimak. Tracę nadzieję na nocleg w cywilizowanych warunkach gdy dojeżdżamy na zajezdnię.
A San Jose z krańcówki wyglądało tak:

img_20170111_031317_hdr
W autobusie zrobiło się gwarno, mieliśmy na pokładzie gringę, która nie wiedziala gdzie mieszka. Starałam się zapewnić kierowcę, że sobie poradzę, że jak będziemy wracali (po czterdziestu minutch) zobaczę swój dom i wysiądę. Szukamy wraz ze wszystkimi pasażerami białego domu piętrowego z balkonem 1 kilometr za Kościołem Katolickim. Kula śniegowa mojej podróżniczej kompromitacji ruszyła i w żaden sposób nie dało się jej zatrzymać. Kierowca zatrzymał autobus na środku ulicy i krzyknął na cały glos: „czy ktoś z państwa wie gdzie mieszka ta muchacha?”. Teraz już cały autobus był zaangażowany w sprawę mojego zagubienia, pasażerowie zaczęli wysuwac hipotezy odnośnie tego gdzie widzieli mnie rano a nawet proponować mi nocleg, zapytano mnie czy na pewno pojechałam we właściwym kierunku i czy na pewno jestem we właściwym mieście. A kiedy myślałam, że mój honor nie może zostać już badziej nadszarpnięty zobaczyłam chiński sklep pod którym stałam jak idiotka przez kilkadziesiąt minut a dokładnie naprzeciwko niego mój dom.
Pociągnęłam za sznurek i zatrzymałam autobus. Wysiadając uniknęłam wzroku współpasażerów.
Cieszę się z tego zagubienia. Co prawda wracałam do domu trzy godziny zamiast pół ale za to zobaczyłam jak ładnie z zajezdni wygląda San Jose.

JAK SIĘ DOSTAĆ DO KOSTARYKI, informacje styczeń 2017:
LOTY:

  • w tym roku było dużo tanich lotów przez Kanadę i USA z Amsterdau i Pragi (około 400 euro w dwie strony, np. Air Canada).
    Aby lecieć przez Kanadę trzeba sobie wyrobić Electronic Travel Authorization (eTA http://www.cic.gc.ca/english/visit/eta.asp), kosztuje 7 dolarów, wystarczy mieć przy sobie pdf potwierdzenia.
  • można dolecieć do Panamy i stamtąd autobusem
  • do 90 dni nie ma potrzeby wyrabiać wizy do Kostaryki

ŁÓDŹ, Na wygnaniu w mieście Łodzi gdzie nawet bieganie psom szkodzi, Ex navicula navis

Film

Łódź to miasto meneli, mówią.

Jedno z moich najstarszych (łódzkich i życiowych) wspomnień to jak leżałam na wadze, takiej dla małych dzieci, w poradni dla dzieci zdrowych, przy ulicy Srebrzyńskiej. Leżałam na zimnym metalu niczym mąka na wadze kuchennej odmierzana przed przygotowaniem ciasta. Mama z pielęgniarką coś analizowały. W bloku w którym jest przychodnia mieszkał po wojnie Władysław Strzemiński (oraz tuż przed nią, od 1936 do 1939). Wtedy nie wiedziałam co to znaczy. Nie miałam prawa wiedzieć, miałam ze dwa lata. Na Radogoszczu chodziłam z babcią na rurki z kremem na Rado (B(e)a(ł)uty) przy Koronie. Prawie każde podwórko na Radogoszczu ma plac zabaw. Na huśtawki chodziłam nawet zimą, mąż babci ściągał rękawiczki, żebym na nich usiadła i żeby nie odmarzł mi tyłek. W przedszkolu byłam na koncercie Majki Jeżowskiej. Ulubionym kawałkiem przedszkolaków było „A ja wolę moją mamę”. Majka, największa gwiazda jaką znaliśmy, była w Łodzi. Łódź była centrum świata.

W poniedziałki chodziliśmy do Lunaparku, w środy do ZOO, a w piątki do Ogrodu Botanicznego. Dziadek szedł szybko, ja musiałam biec. Najważniejszymi atrakcjami Lunaparku w Parku na Zdrowiu był pociąg, tuba w której każda z trzech części kręciła się w innym kierunku, zamek strachów, basen z piłek i samochody na prętach. Zazwyczaj miałam do wyboru trzy atrakcje. Zazwyczaj kończyło się na pięciu. Bardzo kocham mojego dziadka. Lunapark w parku na Zdrowiu był lepszy od Disneylandu, głównie dlatego, że był tuż pod domem. W niedzielę jeździliśmy autobusem 83 do miasta. Miastem był róg Piotrkowskiej i Zamenhofa. Chodziliśmy do cukierni, latem jedliśmy lody z papierowymi parasolkami. Później standardowa rundka, karmienie kaczek w stawie w Parku na Zdrowiu, chodzenie po kamieniach przy głównej Alei, zjeżdżalnie i huśtawki przy Konstantynowskiej. W ZOO koniecznie musieliśmy odwiedzić słonicę Magdę, tę samą, którą w dzieciństwie odwiedzała moja mama. Słonica Magda zmarła w tamtym roku. Kiedyś zgubiłam się przy żyrafach. Znalazł mnie, opiekun tygrysów. Zaprowadził mnie do sekretariatu i przez megafon poinformował, że przy wejściu czeka zagubiona mała dziewczynka. Po chwili pojawiła się kobieta, która też zgubiła jakieś dziecko. Nie mnie. Po paru minutach przybiegła moja mama i dziadek. Tak rozpoczęło się pasmo moich zagubień, które będzie się jeszcze ciągnęło przez kilkadziesiąt lat.

DSC05943

Na śniadania jadałam biały ser z łódzkiej mleczarni Jogo. Takich serów nie ma nigdzie indziej na świecie. Z pomidorami, bazylią, oregano i oliwą. Najbardziej łodzianinami czuliśmy się wracając z kolonii. Zazwyczaj przyjeżdżaliśmy na Dworzec Kaliski. Jak wracaliśmy z północy już w okolicach Zgierza ściskał nam się żołądek. Cały przedział dzieci śpiewał: „My nie chcemy do Łodzi, my nie chcemy do Łodzi, bo nam Łódź na nerwy szkodzi”, ale to była tylko taka piosenka. Chcieliśmy wracać do Łodzi.

Źródło: http://www.youtube.com/user/ziomekjakzloto

Jak miałam kilka lat rozkopali Piotrkowską i położyli kostkę. Ułożyli najdłuższy pomnik Łodzian, można było sobie wykupić cegłę z wypisanym imieniem i nazwiskiem. Jak ją otworzyli poszłam z dziadkiem na lody przy Grand Hotelu. Grand Hotel, jako hotel, funkcjonuje od 1887-88 roku. Hotel gościł między innymi Henryka Sienkiewicza, Helenę Modrzejewską, Stefana Jaracza, Krzysztofa Pendereckiego oraz Jana Brzechwę. Od 1998 roku przed Hotelem znajduje się Aleja Gwiazd, można przejść po Krzysztofie Kieślowskim, Krzysztofie Zanussim, Andrzeju Wajdzie, Zbigniewie Cebulskim czy Poli Negri. Od niedawna przy ulicy, która dochodzi do ulicy Piotrkowskiej na wysokości Hotelu Grand jest Woonerf, po zdanych trudnych egzaminach chodziłam tam zawsze na naleśniki do Manekina. Wnętrze Manekina wygląda jak stary tramwaj. Na ulicy Romualda Traugutta, będącej przedłużeniem 6 sierpnia posadzili wiśnie. Kwitną wczesną wiosną. Na ulicy Romualda Traugutta jest inspirująca kawiarnia Owoce i Warzywa, na rogu przy ulicy Henryka Sienkiewicza znajduje się wielki mural z Arturem Rubinsteinem. Artur mieszkał w Łodzi, urodził się w tym samym roku co wspomniany wyżej Grand Hotel. Rubinstein znajduje się nie tylko na muralu, gra sobie także naprzeciwko pasażu nazwanego jego imieniem. Otwarty fortepian jest w kształcie anielskiego skrzydła.

Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=dFUlvEilmJo

Na wysokości Urzędu Miasta, niedaleko pasażu Schillera można przysiąść przy Julianie Tuwimie, kolejnym łódzkim menelu. W dłoni ściska Kwiaty Polskie.

„Tuwim tłumaczyłby wiersze Staffa na esperanto
Wtedy mały Julek nosił szkolna teczkę
Dziś na Piotrkowskiej ma ławeczkę
Przy niej miejscowy kwiat kapitalizmu
Używa wulgaryzmów”

Artur Andrus, „Łódzka”

DSC_0003

Łódź nazywają polskim Manchesterem. Były jakieś fabryki, średnio wszystko do siebie pasuje, ale tworzy jakąś z dnia na dzień bardziej kolorową mozaikę. Zapewne dla moich znajomych to porównanie w żadnym stopniu nie będzie zaskoczeniem ale Łódź to taki trochę Liverpool, tylko bez wody i Beatlesów pływających w Żółtej Łodzi Podwodnej.

„So we sailed up to the sun,

Till we found the see of green,

And we lived beneath the waves

In our yellow submarine”.

Na Pasażu Schillera znajduje się fontanna atakowana raz na jakiś czas przez chuliganów płynem do kąpieli, familijnym, leśnym. Piana zalewa wtedy i pomnik Schillera. Nawet Dom Technika wygląda wtedy mniej groźnie. Na Pasażu Schillera jest też herbaciarnia „Chatka Ech”, większości dziewczyn nie muszę chyba tłumaczyć etymologii tej nazwy, informacja dla chłopaków: W Chatce Ech mieszkała pani Lawendna, z Ani z Zielonego Wzgórza.

DSC_0176[1]

Moje liceum jest w samym sercu miasta (i moim własnym). Czwórka znajduje się tuż przy Placu Wolności. Po szkole chodziliśmy do cafe wolność na czekoladę a po maturze na piwo z polonistką. Zawsze z trzynastką kłóciliśmy się o Park Śledzia, trzynastka mówiła, że ich, my że nasz. Ta wojna (jak każda inna) była bezcelowa bo miejsca wystarczało dla nas wszystkich. Park Śledzia ma staw, czasem nawet są w nim kaczki, tłuściutkie od wrzucanych przez licealistów kanapek. Stary Rynek jest niedaleko manufaktury, przy Parku Śledzia, niedaleko stawu. Nic tam nie ma, ale wiem, że jak moje dzieci będą nastolatkami powiedzą kiedyś, że idą na piwo na Rynek. Rynek w Łodzi kiedyś ożyje. Ostatnio powiesili na Rynku kolorowe wstążki. Ładne. Przy Parku Śledzia jest też krańcówka tramwajowa Łódź-Północna, zaczęli ją remontować. Tuż obok jest Pałac Biedermanna, idąc na maturę jeszcze nie wiedziałam, że kiedyś będę tam przez rok studiowała, ten pałac wygląda jakby był z Petersburga.

Jak byłam w liceum otworzyli Manufakturę. Może się podobać albo nie, w końcu to tylko centrum handlowe, ale uważam, że w ciekawy sposób łączy łódzką włókienniczą historię z nowoczesnością.

Po maturze łódzkiego maturzystę boli głowa bo w Łodzi jest praktycznie każda Uczelnia, mało tego, nie dość że jest to jest dobra. Łódzka Politechnika, Uniwersytet Łódzki, Akademia Medyczna, Akademia Muzyczna, Akademia Sztuk Pięknych. Łódzką filmówkę tworzyli Leon Schiller i Kazimierz Dejmek, uczył się tutaj Roman Polański, Krzysztof Kieślowski, Marek Koterski, Andrzej Wajda i Kazimierz Kutz, sympatyzuje z nią David Lynch i Emir Kusturica. Łódź stała się bohaterką wielu filmów, w „Przypadku” Krzysztofa Kieślowskiego po śmierci ojca główny bohater biegnie przez Dworzec Łódź Fabryczna, żeby zdążyć na pociąg do Warszawy. W dziewiętnastowiecznym obrazie Łodzi „Ziemi obiecanej”Andrzeja Wajdy bohaterowie spacerują po ulicy Drewnowskiej, Piotrkowskiej, Ogrodowej i Spacerowej (dzisiejszej Alei Tadeusza Kościuszki). W pierwszej scenie widzimy poranek na ulicy Ogrodowej, miasto budzi się do życia, robotnicy biegną do fabryk, do imperium Izraela Poznańskiego, dzisiejszej Manufaktury. Przed wejściem do fabryki znajduje się wielki zegar. Plotka głosi, że przed zakończeniem zmiany Izrael wchodził na bramę na której znajdował się zegar i przesuwał go, żeby robotnicy dłużej pracowali.

DSC_0026[1]

Bohaterką Ziemi Obiecanej była też Akademia Muzyczna przy ulicy Gdańskiej. Czasami chodzę tam rano do parku. W parku Akademii Muzycznej można się poczuć jak w Paryżu.

Kupowałbym jej najlepsze ciuszki, nawet halkę „Moniuszki”

Artur Andrus „Łódzka”

O łódzkiej rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych opowiadają historie niespełnionego artysty Adasia Miałczyńskiego. W „Nic śmiesznego” Adaś dostał się na studia do Łódzkiej Filmówki, zamieszkał na łódzkim Manhattanie. Podróże łódzką windą zmuszają go do życiowych refleksji, „kilkanaście lat temu obroniłem tytuł szkoły filmowej z wyróżnieniem za co dostałem od władz mieszkanie, w nagrodę i w ten sposób tkwię już łącznie prawie dwadzieścia lat w Łodzi akurat tym jednym jedynym mieście, którego bezgranicznie nienawidzę, dwadzieścia lat a czuję jakbym tu był na delegacji, dwadzieścia lat stoczył mi ten łódzki rak, jak na wygnaniu, zacząłem nawet ostatnio pisać taką piosenkę, na wygnaniu w mieście Łodzi, gdzie nawet bieganie psom szkodzi”. Sceny wyjścia na Dworcu Łódź Kaliska z Ajlawju nie będę przytaczała ze względu na zróżnicowany wiek czytelników.

Łódź była też bohaterką filmu „Przypadek”, Krzysztofa Kieślowskiego. Główny bohater, Bogusław Linda (@panie Bogusławie, co Panu strzeliło do głowy z tymi menelami?!) biegnie przez Dworzec Łódź Fabryczna aby zdążyć na pociąg do Warszawy. To czy zdąży czy nie determinuje całą jego przyszłość.

DSC_0038[1]

Zawsze kiedy próbuję bronić Łodzi niczym lwica broniąca swoich młodych moje wywody zazwyczaj przerywa argument, „ale Łódź jest brzydka”. Co to znaczy brzydka? Zmienia się na naszych oczach, co chwila widzę remontowaną kamienicę, nowy bar, nową kawiarnię, nowy wyremontowany skwer.

Nie mieszkałam w Łodzi łącznie przez trzy lata, raz przez dwa lata pod rząd. Przypadało to akurat na okres kiedy postanowiono prekopoać całe miasto i zacząć budować je na nowo. Wróciłam na dwa tygdonie w lutym 2014 roku. Idąc Piotrkowską trzeba było wysoko podnosić nogi bo stopy grzęzły w błocie, po powrocie myślałam, że pomyliłam miasta. Piotrkowska zmieniła się nie do poznania.

W artykule uhonorowanym nagrodą im. Kieślowskiego (!) przeczytałam, że Łódź to miasto niebezpieczne. W porównaniu z innymi Polskimi miastami statystycznie okazuje się, że nie aż tak bardzo. Nie znajduje się nawet w pierwszej dziesiątce najbardziej niebezpiecznych miast w Polsce, wiadomo, są ulice po których nie przepadam sama przechadzać się nocą zwłaszcza w koszulce antagonistycznego do obowiązującego w danej dzielnicy klubu sportowego bądź potwierdzającej sympatyzowanie z niewłaściwą opcją polityczną. Ale w którym mieście nie ma takich ulic? Łódzki pech polega trochę na tym, że ulice powszechnie uważane za niebezpieczne znajdują się w ścisłym centrum miasta, ale przy odrobinie ostrożności i uwagi da się w tym mieście żyć spokojnie. Wojna „murowa” pomiędzy ŁKSem a Widzewem stała się już kultowa.

Może i Łódź nie jest ładna. Może nawet brzydka. Ale z dnia na dzień coraz bardziej kolorowa. Coraz więcej na ulicach rowerów Coraz więcej pozostających w Łodzi młodych ludzi. Coraz więcej murali, śmiejących się ludzi. Miasto inspiruje.

Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=rkl2rzYKr3U

Ex navicula navis. Łódź po prostu nie jest dla ludzi z totalnym brakiem poczucia humoru. A Ci co mówią, że jest szara mam wrażenie, że po prostu mają szare oczy.

Łódź może kiedyś być pięknym miastem. Ma do tego potencjał. Jest w centrum Polski, miesza w sobie wiele kultur, ma świetne uczelnie wyższe, coraz więcej inwestorów przyjeżdża do Łodzi przywożąc ze sobą pieniądze, jest praca, Księży Młyn, parki. stawy. W Łodzi są kawiarnie, lotnisko, Festiwal Graffiti, Light Move Festival, Łódź design festival. Festiwal Transatlantyk i Forum Kina Europejskiego „Cinergia”, festiwal kina niezależnego „OFF jak gorąco” i Explorers Festival. W Łodzi jest dzielnica „Manchattan” z kilkunastopiętrowymi budynkami oraz dachy na których można oglądać gwiazdy. W Łodzi jest Piotrkowska, Park Śledzia, Gwiezdne Chojny. W Łodzi jest jednooki bandyta, tramwaj 46, Highway to HELLenówek i Stajnia Jednorożców. W Łodzi są kamienice, co chwilę odnawiane. W Łodzi jest historia. W Łodzi jest przyszłość.

W Łodzi są ludzie, którzy ją kochają.

Zobaczycie, jeszcze kiedyś Łódź to będzie Nowym Jorkiem tylko z niższymi budynkami. Taki polski oddział Nowego Jorku.

Z pozdrowieniami,

Menelka,

Łodzianka.

Łódź, kocham Cię (mimo wszystko).

http://lodz.naszemiasto.pl/artykul/lodz-kreuje-smieszne-napisy-o-kibicach-rts-u-i-lks-u-galeria,1523591,gal,t,id,tm.html

http://lodz.naszemiasto.pl/artykul/piosenki-o-lodzi,1530487,art,t,id,tm.html

HISZPAŃSKI III, czego chcielibyście się dowiedzieć o hiszpańskim ale boicie się zapytać, modo subjuntivo, préterito imperfecto

Zwykły wpis

Myślałam, że uda mi się tego uniknąć ale chyba zostałam postawiona pod ścianą spod której nie ma ucieczki. Odkładałam to tak długo jak tylko mogłam. W maju muszę zdać DELE z hiszpańskiego, a jestem świeżo po oblaniu internetowego testu na poziomie o dwa stopnie niższym. Zwlekałam z tym ile się dało ale Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, ale już go nawet rozlała.

Cały dom odkurzony. Pranie rozwieszone. Kuweta kota wyczyszczona. Zakupy zrobione. Książki poukładane na półce od najwyższej do najniższej. Książki zdjęte z półki. Książki ułożone w porządku kolorystycznym. Piekarnik wyszorowany.

Nie mam wyjścia. Muszę nauczyć się GRAMATYKI.

Póki co unikałam tej konieczności metodą często stosowaną przez samych Hiszpanów. W momencie w którym miałam wątpliwości jakiej końcówki czasownika należy użyć wymawiałam wyraz co do którego miałam obiekcje szybciej i z bezczelną pewnością siebie albo końcówkę tę całkowicie połykałam (a ‚ la Andalu) albo ją wymawiałam sepleniąc na tyle aby ją można było zinterpretować na sposób wszelaki w tym na poprawny gramatycznie.

Z niejawnych informacji jakie uzyskałam z Instituto Cervantes takie rozwiązanie na egzaminie ma dużą szansę porażki.

Z pobudek czysto egoistycznych pomyślałam, że może pouczycie się gramatyki ze mną.

Na pierwszy warsztat wzięłam:

MODO SUBJUNTIVO, préterito imperfecto

w tym celu znalazłam stronę internetową, która poświęcona jest tylko temu zagadnieniu: http://www.elsubjuntivo.com/.

Zrobiło mi się trochę niedobrze jak zobaczyłam całe tabelki odmian więc zaczęłam przeglądać moje notatki na margines i znalazłam w nich przysłowie:

„Estar más perdido que un pulpo en un garaje”, czyli być bardziej zagubionym niż ośmiornica w garażu. Właśnie to zdanie postanowiłam wziąć na warsztat moich gramatycznych eksperymentów. Uśmiałam się przez chwilę, na nowo otworzyłam zakładkę z subjuntivo.

❤ Subjuntivo preterito imperfecto+ condicional

ESTUDIAR, subjuntivo preterito imperfecto

(yo) hubiera (-iese) estudiado

(tú) hubieras (ieses) estudiado

(él/ella) hubiera ( -iese) estudiado

(nosotros) hubiéramos (-iésemos) estudiado

(vosotros) hubierais (- ieseis) estudiado

(ellos/ellas) hubieran (- ieseis) estudiado

obydwie formy są poprawne. Formy w nawiasie częściej używają dziewczyny.

ESTAR, condicional

(yo) estaría

() estarías

(él) estaría

(nosotros) estaríamos

(vosotros) estaríais

(ellos) estarían

Stworzyłam zdanie:

Si hubiera estudiado antes la gramatica española no estaría perdida como un pulpo en un garaje.

Jeżeli uczyłabym się wcześniej gramatyki hiszpańskiej nie byłabym teraz zagubiona jak ośmiornica w garażu.

❤ W poszukiwanie przykładów użycia konstrukcji Subjuntivo preterito imperfecto+ condicional udałam się do googla, który po wpisaniu zdania „Me gustaría que…”(chciałabym, żeby…) pospieszył z dokończeniem „…mi novio fuera más” (…mój chłopak był bardziej…)

SER préterito imperfecto

(yo) fuera (-ese) gustaría

(tú) fueras (-eses) gustarías

(él/ella) fuera (-ese) gustaría

(nosotros) fuéramos (-ésemos) gustaríamos

(vosotros) fuerais (-eseis) gustarían

(ellas/ ellos) fueran (-esen) gustarías

ME GUSTA condicional

(yo) gustaría

(tú) gustarías

(él/ella) gustaría

(nosotros) gustaríamos

(vosotros) fuerais (-eseis) gustarían

(ellas/ellos) fueran (-esen) gustarías

odpowiedzi z jakimi nadeszły internautki są następujące:

– diligente

– inteligente

– cariñoso

– romántico

– guapo

To samo pytanie skierowane było do płci brzydszej, zdanie „me gustaría que mi novia…” zostało dokończone

tuviera las tetas más grandes”.

❤ z trybu SUBJUNTIVO, preterito imperfecto korzysta także i Shakira

„Te Espero Sentada”

te espero sentada en czekam na ciebie siedząc
la esquina de siempre, na tym rogu co zawsze
y mas arreglada que bardziej wystrojona
si fuera un viernes niż jakby to był piątek

❤ preterito imperfecto używamy też po como si

Has estudiado como si fueras un robot. Uczyłeś się jakbyś był robotem.

Szlaki przetarte, jutro zacznę wypisywać  wyrażenia i czasowniki po których musimy użyć subjuntivo.
Na dzisiaj wystarczy.
W ramach nauki idę sobie obejrzeć jakiś film.
„Los abrazos rotos”, na przykład.

Źródła:

  1. https://espanol.lingolia.com
  2. http://www.elsubjuntivo.com/

BALLADA o kandydatce do Szkoły Teatralnej

Zwykły wpis

Nigdy nie było nikogo takiego jak Małgorzata. Małgorzata jest postacią fikcyjną. Próby doszukiwania się w postaci Małgorzaty osoby naprawdę istniejącej są błędem, ponieważ nie ma takiej osoby. Autorka miała kiedyś koleżankę do Małgorzaty podobną ale to wcale nie jest ta koleżanka.

Pod koniec wiosny, rok w rok, Małgorzata czerwoną sukienkę do plecaka pakowała i wyruszała w turne po egzaminach, we Wrocławiu oraz prawie wszystkich polskich stolicach.*

Kochała ona sztukę szeroko pojętą, lubiła cierpieć a koncepcję na życie miała tylko jedną. Od kilku lat uparcie do Szkoły Bogów, Artystów, Teatralnej zdawała. „W takiej szkole to inne zupełnie niż takie zwykłe życie, oni tam nawet inaczej, innym powietrzem oddychają”, czasem nam szeptała. Z jej opowieści pamiętam, że mówiła coś o tym, że ten teatr taki fajny bo świat można tworzyć odrębny, że świat na tej scenie jest jak z modeliny, i tworzysz taki jaki chcesz, barwny, otwarty i śmieszny. Że w tym teatrze o prawdę przede wszystkim chodzi.

W celu tej prawdy podkreślenia radzono jej, że najważniejsza jest naturalność. „Bądź sobą”, jej mawiano. Naturalność najlepiej, jak wiadomo, podkreślić kolorem włosów jak najbardziej od koloru naturalnego oddalonym, warto także wagę swojego ciała w sposób nagły na czas egzaminów obniżyć, założyć obcasy, zrobić paznokcie, peeling twarzy, zęby wybielić. „Przede wszystkim energia”, ci co się dostali, wypuszczając dym z cienkiego papierosa, mawiali.

Gdy przygodę ze zdawaniem zaczynała codziennie rano budziła się z myślą tylko jedną, czy twarz ma aby na pewno na filmowe warunki odpowiednią? „pani zbyt ma górną szóstkę w prawą stroną przekrzywioną, to niemożność pani do szkoły się dostania implikuje, proszę zrozumieć, my tu nie potrzebujemy z krzywymi szóstkami ludzi, w dzisiejszym artystycznym świecie co reżyser miałby z takim aktorem począć? Pani to chyba rozumie, na wypadek kręcenia scen wewnątrz ustnej jamy to jest zabezpieczenie, pani chyba rozumie, widać krzywą szóstkę a potem okaże się jeszcze, że pani ma krzywe tych zębów korzenie!”.

Sen z powiek Małgorzacie spędzało „wyklaskania rytmu” zadanie. Bo Małgorzata bardzo się starała, ale nic z tego co jej do powtórzenia zaklaskania kazano, nie słyszała. Pewnego razu przerażona, przekonana, że przed nią w kolejce do wyklaskania rytmu była jeszcze inna, dużo od niej szczuplejsza dziewczyna, w ogóle się nie skupiła i tego co jej wyklaskać kazano nie zapamiętała. A wszyscy patrzyli, i z komisji szef patrzył na nią i ona w tym stresie jedynym rytmem, który przyszedł jej do głowy była popularna i lubiana przyśpiewka stadionowa „do boju, do boju ŁKS”.Okazało się, że to nie był ten rytm przez komisję zażyczony. W tamtym roku do szkoły się nie dostała.

Trzy lata temu o kupy na scenie zrobienie ją poproszono, na jej wyjaśnienie o niemożności tego zadania wykonania przez poranne po śniadaniu się wypróżnienie komisja tylko z niesmakiem po sobie spojrzała, bo przecież przez kupy nie zrobienie całkowity pokazała swój brak profesjonalizmu i talentu, a na Małgorzaty zrozpaczony okrzyk „ale ja zatańczę! Oberka! I kankana!” już wcale nie zareagowała. W desperacji jeszcze piersi pokazanie zaproponowała, co już ani na z komisji gwieździe Mateuszu z „Gwiazdy są wszędzie” ani na z „Życie jest konserw puszką” Marianie nie zrobiło wrażenia przez mnogość ofert w dniu dzisiejszym tego organu pokazania. Żegnając się powiedzieli,: „kurcze, nawet Pani zdolna, tylko gdyby coś oryginalnego, o, gdyby Pani chociaż penisa miała i nam go pokazała…”.

Rok temu Małgorzata bardzo z egzaminu zadowolona zdążyła przed ogłoszeniem wyników zrobić się z tej radości już trochę podchmielona. Bo egzamin był taki piękny i taki wartościowy i komisja się śmiała z rzeczy śmiesznych, a na poważnych płakała i swojego rodzaju katharsis na tej scenie, w tej szkole, na egzaminach wstępnych miała. Gdy do szkoły na ogłoszenie wielkie wróciła i nazwiska nie usłyszawszy swojego krzyknęła do dziekana: „Ej, co jest kolego?”. On jej na to tłumaczy, że najwidoczniej przez Bogo-Komisję nie została zaakceptowana. Gośka, znając dobrze Cezarego Pazury przy/pod budką telefoniczną z Nic Śmiesznego scenę, i przez to piwo w jej krwi trzecie tego popołudnia spożyte wychodząc ze szkoły na cały głos krzyknęła „Nie? To nie! To **** wam w ****” i z relacji wiem, że jeszcze na pomnik szkoły patrona splunęła a na koniec drzwiami trzasnęła. Pani w sekretariacie ponoć nawet na chwilę dowody wpłaty za egzaminy porzuciła, i teczki białe, wiązane na ten moment odłożyła i Pan dziekan tak na nią patrzył jak zataczając się mury szkoły Małgorzata opuszczała.

Małgorzata do szkoły teatralnej się nie dostała.

I tak już od lat Małgorzata we włosach nieufarbowanych i rozczochranych po łódzkich ulicach się szwenda. Na w życiu brak celu narzeka. Bo co taki człowiek poza szkołą miałby niby robić? Z czego tu się cieszyć? Czy z tego, że zamiast prób spółgłoski „c” wymawiania, na wiosnę patrzy jak kwitną jabłonie? Czy może tym, że może budzić się o świcie i ze świeżo zmieloną kawą siedzieć na parapecie, patrzeć jak bawią się dzieci? Z czego tu się cieszyć? Z krokusów w Parku Śledzia? Czy z tego, że porównywać się już do nikogo nie musi? Czy może z podróży z przyjaciółmi? Czy z tego, że jak będzie chciała będzie mogła spakować kilka rzeczy w plecak, zabrać bliskich i wyjechać na koniec świata?

Nawet przez moment pomyślała o takiej herezji, że ten świat prawdziwy od wymyślonego jest lepszy.

*nie Gnieźnie, Łodzi. Łódź była stolicą naszego kraju przez dwa dni po II wojnie światowej! 🙂

DSC06938

ZGIERZ, czyli czym różni się listopad od grudnia

Zwykły wpis

Zaprosiliśmy do Zgierza 20 studentów z różnych zakątków Europy. Warsztaty miały się odbyć w listopadzie ale jak stwierdził Adrian: „Ostatecznie, jaka jest różnica pomiędzy listopadem a grudniem?” przesuwając jednocześnie przyjazd naszych gości o miesiąc. To jak bardzo różnił się w 2010 roku listopad od grudnia przerosło nasze najśmielsze oczekiwania.

Porankiem dwudziestego siódmego listopada krzątaliśmy się po kuchni i robiliśmy porządki. Od rana była jeszcze jesień. Odkładaliśmy do niedziałających w piwnicy lodówek zapasy jogurtów, chleba tostowego, żółtego sera, pasztetów i keczupów. Zrobiliśmy kawę, siedzieliśmy w jadalni i czekaliśmy aż nadciągną.

Porankiem, dwudziestego siódmego listopada, na mojej ulicy wylali asfalt. Europa wkroczyła na moją ulicą szturmem i niezapowiedzianie. Wylała z wielkiej maszyny- potwora asfalt po czym podwinęła nalewak i prędko uciekła. Asfalt wylali tylko do wysokości mojej działki, która znajduje się w połowie ulicy. Całe to przedsięwzięcie odbyło się ku ogromnej uciesze moich przyjaciół, dla których nagłe pojawienie się na drodze asfaltu, i to tylko do połowy drogi, było potwierdzeniem powtarzanej przez lata tezy o tym, że w Zgierzu aleje utwardzane są tylko na przyjazd gości.

Od rana była jeszcze jesień. Śnieg zaczął padać powoli. Później na górze była jakaś awantura bo zaczęli zrzucać śnieg przewidziany na Zgierz najbliższych kilka lat, biel rozpanoszyła się jak szarańcza, świat przykryty został białą pierzyną tamując ruch uliczny w całym województwie. Jak zaczęło padać w dniu przyjazdu naszych gości tak nie skończyło aż do ich wyjazdu, zupełnie jakby gdzieś w niebie coś im się przedziurawiło a łatanie zajęło tydzień.

O ile przybysze, którzy dotarli do nas przedpołudniem mogli się jeszcze jakoś przedostać do domku to wieczorem miasto sparaliżowane było pasmem tirów, które zatrzymywały się w Łodzi na środku ulicy bo przejechały możliwy godzinny limit i nie mogły dojechać do swoich baz. Prawie wszyscy jednak szczęśliwie dotarli, brakowało Szweda. Zadzwonił po sześciu godzinach i zapytał czy ktoś może po niego wyjść na przystanek bo wszystko zasypane jest śniegiem i nie wie gdzie jest droga.

Wyszłyśmy z Asią po Szweda. Nogi musiałyśmy podnosić wysoko aby przedostać się przez grudy śniegu. Była noc. Po piętnastu minutach podróży dotarłyśmy na przystanek tramwaju linii 46. Po ulicy nie jechał nikt. Nawet jakby próbował to by nie mógł bo główna trasa łącząca północ z południem naszego kraju spowita była kilkdziesięciocentymetrową warstwą śniegu. Jedynie rakieta 46 po kilku godzinach przestoju wydrążyła tunel i stała się jedynym środkiem transportu łączącym moje podłódzkie miasteczko z cywilizacją.

Na przystanku stał człowiek. Przerażony. Jedyna istota ludzka na dworze w promieniu kilku kilometrów. Z plecaczkiem większym od niego, sopelkami lodu przyczepionymi do wąsów.

Hindus. Ciemnoskóry. W Zgierzu, w nocy, na przystanku tramwaju linii 46.

„To chyba nasz”- stwierdza Asia.

Spostrzegł nas, biegnie podskakując przez śnieg niczym sarenka.

„Myślę, że tak”, potwierdzam.

„Muszę siku!”, krzyczy.

Staramy się iść szybko, choć ślady, które wydrążyłyśmy idąc na przystanek zdążył już zasypać śnieg. Szwedo- hindus nas pospiesza, bo to siku.

Wchodzimy do domu. Wejście do toalety zaklejone jest taśmą klejącą a na drzwiach widnieje wycięty z kartonu znak drogowy zakaz wjazdu. „Co jest?”, myślę. Cały czas żyłam jeszcze w przekonaniu, że wylany do połowy ulicy asfalt jest ostatnią rzeczą, która zaskoczy mnie podczas ich wizyty.

Poczułam dochodzący z piwnicy zapach dymu papierosowego. Zeszłam na dół, ręką odgarnęłam mgłę, która spowijała spiżarnię. Wszyscy organizatorzy naradzali się nad jakąś kałużą, krzyczeli i debatowali.

– Pękła rura od kibla.- informuje mnie Bartuś.- Śmierdzi kupą. Palimy, żeby śmierdziało papierosami a nie kupą. Zawsze to lepiej. Przecież przyjechali Europejczycy.

Szwed stoi za mną i nerwowo porusza nogami.

„Musisz sikać na dworze”, słyszę jak Portugalczyk informuje Szweda.

„Ale śnieg jest do pasa!”

„Musisz sobie odgarnąć, ja robiłem tunel. To taka Polska tradycja. Że pierwszego dnia nie sika się w domu gospodarza, najpierw musisz pić cały dzień polską wodę, żeby sikać po polsku”.

Organizatorzy już zdążyli zadbać o to, aby uświadomić uczestników odnośnie panujących w naszej ojczyźnie zwyczajach.

Pękła rura. Zrozpaczona absurdem tej sytuacji postanowiłam przykryć śmierdzące kupą rury wycinkami z gazet przedstawiającymi różne pozytywne zapachowo produkty. Samo miejsce pęknięcia pokryłam rysunkiem prezentującym bukiet świeżo ściętych kwiatów, tulipanów.

Był sobotni wieczór. Nawet gdybyśmy znaleźli jakiegoś hydraulika to nie przebiłby się przez grudy śniegu na mojej ulicy, ba, nie dałoby się nawet otworzyć mu furtki bo była zasypana śniegiem. Poszukiwania hydraulika z opcją (A) dolotu do klienta własnym helikopterem, (B) w sobotę wieczorem, (C) z możliwością przeskakiwania przez płot usługobiorcy, (D) w Zgierzu, spaliły się na panewce.

Nie ma takich hydraulików.

Szwed poszedł na dwór, zgadał się już z innymi chłopakami i doradzili mu gdzie śnieg jest najniższy. Nawet mieli z tego sporo uciechy, w końcu można wysikać w śniegu różne wzory a nawet napisy, to wie każdy. Była kupa zabawy.

My tymczasem debatowaliśmy w piwnicy co zrobić ze śmierdzącą kałużą, która panoszyła się już po całym, świeżo przez Asię (Łosia) wylanym betonie. Grupa młodych inżynierów opracowywała plan awaryjny choć wiem, że podświadomie zastanawiali się tylko nad tym jak z domku uciec, a przecież nie mogli. Pełni poświęcenia odpalali papierosa od papierosa aby zły zapach zabić mniej złym. Kałuża jednak od tego nie malała. Kupą pokrytą był już nawet skonstruowany przez Tomka i Kacpra barek w piwnicy.

Wtedy wkroczyła Beata „Trzeba zrobić odwiert”, oświadczyła. Podwinęła rękawy, zdmuchnęła opadające na twarz blond włosy i kazała się wszystkim odsunąć. Poprosiła, żeby jej założono największe wiertło do wiertarki i jak piłą udarową postanowiła się przebić do gruntu. Po kilku minutach walki usłyszeliśmy cudowny dźwięk „trzrzup” i ścieki zaczęły uciekać pod dom. Gdyby nie Beata pewnie po dziś dzień wszyscy byśmy stali z papierosami. Beata, dziękuję.

„Robicie jakąś szafkę?” zapytała Europa z salonu.

74677_177343118954580_1914255_n

Nad ranem, po tym jak zdano mi raport z tego, że nie ma prądu bo śnieg zasypał kable, zabraliśmy ich na przechadzkę po okolicy. Wszyscy nasi goście poznali jedną z dwóch złotych polskich zasad: „Ej, ale nie rzucaj we mnie żółtym śniegiem”. Zdania „Ej, ale nie w szczepionkę”, nie mieli okazji się nauczyć, bo nikt nie był na tyle odważny, żeby przy panującym mrozie uchylić choć odrobinę ramienia. Toaleta nie działała nadal.

Bartek wychodził z domu, podbiegł do niego chłopak z Europy południowo-wschodniej i konspiracyjnym szeptem zagadał „zawieź mnie do toalety”, rozejrzał się czy żaden z uczestników nie słyszy, obniżył głos, „zapłacę”, dodał.

Łukasz wyjaśnił mi co oznaczają powbijane na kijkach, wydrukowane flagi różnych krajów, z balkonu widziałam tylko czeskie. Nie zbliżałam się do „zdobytych” przez różne narodowości miejsc. Aż do wiosny.

„Pijemy polską wodę już od jakiegoś czasu, kiedy możemy sikać do kibla?”, powoli Europa zaczęła się domagać cywilizacji.

Maciek wieczorem załatwił dwie zewnętrzne toalety WC serwis. Zimą takie miejsca stoją jednak przed wyzwaniem, którego nie znaliśmy: „pomocy! Przynieście jakąś farelkę! Przywarłem do deski”, usłyszeliśmy pewnego dnia o poranku.

Zadzwoniła do nas firma cateringowa i powiedziała, że nie może do nas dojechać. Bo śnieg czy coś tam. I choć Monika była w nastroju na tyle bojowym, że gotowa była sama z szufelką odgarnąć śnieg, jakby trzeba było to i do Gdańska ale okazało się, że odgarniać musiałaby nie tylko śnieg ale też i szereg ciężarówek, które sparaliżowały całą drogę stojąc na środku drogi dojazdowej a że tira nie da się nabrać na łopatę wróciła do naszego awaryjnego domu, usiadła w fotelu, nalała sobie czegoś do kieliszka, pewnie wody i jak my wszyscy postanowiła czekać na to co będzie. Jak już wspomniałam nie było prądu a jedyną kuchenką jaką mam jest kuchenka elektryczna. Naszym źródłem ciepła był kominek, który przy co silniejszym podmuchu wiatru wrzucał cały dym do salonu. Postanowiliśmy zrobić im kakao. Wzięłam wielki gar, wlałam do niego mleko, które przy wkładaniu do kominka wylałam zagaszając nasz jedyny kaloryfer. Mlekiem. Widząc napływające mi do oczu łzy wszyscy byli na tyle delikatni, że nie wspominali, że zalana mlekiem sadza pachnie jak kupa z piwnicy z pierwszego dnia i zgodnie wszyscy zaczęli zapewniać, że w zasadzie to nikt nie chciał kakao, i że herbata jest super. Poszłam do sąsiadów po wrzątek. Jak dotarłam z nim do domu był już letni pomimo że był zawinięty w kilka ręczników i płaszcz , herbata była koloru lekkorzbarwionego na brązowo. Europejczycy zaczęli mówić, że w zasadzie to nikt nie chce pić za ciepłej herbaty bo tylko można się oparzyć, zwłaszcza jak w domu jest tak zimno. Najgorsze są różnice temperatur, to wie każdy. Podsumowując. Dobrze się stało, że w lodowatym domu podałam zimną herbatę.

Budząc się rano trzeciego dnia nie byłam na tyle naiwna, żeby sądzić, że obudzę się nagle w bezawaryjnym domu. Prądu nadal nie było. Schodząc na dół tylko rzuciłam okiem na salon. Rozłożone były dwa parasole ogrodowe. „Chyba pękła jakaś rura pod prysznicem bo trochę pada w salonie.”, usłyszałam od Pauli. Informację tę przyjęłam ze stoickim spokojem. „Jai Guru Deva oom, Nothing’s gonna change my world, Nothing’s gonna change my world”, nuciłam sobie w głowie.

W środę, jak tiry zaczęły powoli ruszać do swoich destynacji a w niebie zaczęli łatać dziury i śnieg tylko prószył postanowiliśmy zabrać naszych gości na wycieczkę do Łodzi. Ja zostałam w domku, niby żeby posprzątać, ale tak naprawdę, żeby się wyspać. Obudził mnie telefon.

„Ej, orientujesz się gdzie w Zgierzu jest komisariat policji?”

Postanowiłam się upewnić czy nie śnię. Ręka, którą wyciągnęłam spod pierzyny, żeby odebrać telefon była już skostniała. Tak, jestem w domku i nadal jest zima.

„Bo jest afera. Nie dojechaliśmy jednak do Łodzi bo ukradli tory czy coś i zabraliśmy ich na spacer do centrum Zgierza. I jest tu jakiś bar. I jest automat do gry. Węgier coś ponaciskał bo fajnie się świeciło i jest draka bo jakiś koleś wygrał w tym automacie półtora kafla i tylko podszedł do baru, żeby mu wypłacili a Węgier niechcący coś podotykał i mu wszystko przegrał. No i ten koleś krzyczy i chce rzucać w Węgra różnymi przedmiotami i mówi, że zadzwoni po swoich kumpli. No i tu pojawia się nasze pytanie, czy policja zdąży przyjechać do tego baru zanim przyjdą przyjaciele tego kolesia?”

Uciekli.

Zmarznięte przedszkolaki po wojażach po Zgierzu po powrocie do domu usiedli pod kołdrami w salonie i się przytulali. Niby z miłości ale tak naprawdę tylko z zimna.

Okazało się, że październik od grudnia różni się wszystkim. W październiku można się jeszcze było przejechać do miasta, był prąd, było 30 stopni więcej na dworze. Ale przeżyliśmy! Wydłużył nam się jednak wspaniały okres przygotowań do ich przyjazdu, całych weekendów kiedy chmara wspaniałych ludzi z podwiniętymi rękawami nakładała na ciężarówki zbierany od kilkunastu lat na mojej działce złom, pomagała rozmontowywać szafki, malować ściany, Asia wylała na moją biedną piwnicę beton i była nieocenioną złotą rączką przy wszystkich awariach elektrycznych. Adrian harował w domku nawet wtedy jak był nie w humorze, najdokładniej pomalowane rury to jego zasługa. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że przez kilka miesięcy cały sztab ludzi Mama, Ania, Martyna, Tomek, Tomuś, Beata, Maciuś, Łukasz, Marcin, Michał, Ewelina, Rafał, Paula, Kacper oraz Monika z Michałem pracował nad tym aby ostatecznie przyjechali do Zgierza Europejczycy i podsumowali, że tak wspaniale było zobaczyć „prawdziwą Polskęi poznać starosłowiańskie tradycje”.

Europa to nie stan instalacji kanalizacyjno- elektrycznych a stan umysłu.

Dziękuję wam za te kilka miesięcy.

Jesteście wspaniali.

(bez was złomu pewnie nie wywiozłabym do dzisiaj).

67184_1731061754253_1599927_n

1010300821

1010300869

1010300832

1011270041

1010300859

1011140069

HISZPANIA, historia przyjaźni z Erazmem z Rotterdamu, Pampeluna

Zwykły wpis

Nie chciałam jechać do Hiszpanii. Na moim wniosku Erasmusowym w 2013 roku napisałam Lizbona, co dla pewności jeszcze podkreśliłam, pogrubiłam i pochyliłam. Stronę Uniwersytetu w Lizbonie ustawiłam jako startową. Na wniosku było miejsce na wpisanie trzech uczelni. Pozostawiłam je puste. Na pytanie na rozmowie kwalifikacyjnej: „co jeśli nie Lizbona?”, odpowiedziałam, że za bardzo nie ma u mnie opcji „jeśli nie Lizbona”. Ewentualnie na dziesiątym miejscu Francja, Tours.

Zaczęłam intensywną naukę języka portugalskiego, obkleiłam kuchnię, toaletę, korytarz i lodówkę naklejkami z portugalskiego, uznawałam za znak jak zobaczyłam w TESCO pomarańcze z Portugalii, szał naklejek ogarnął już nawet produkty spożywcze, ogórek- pepino, seler- aipo, zaniechałam używania dziękuję zastępując je w życiu codziennym obrigada, powiesiłam nad biurkiem mapę Portugalii, słowem, nie żyło się ze mną łatwo.

W pewien wtorkowy poranek, po porannej kawie, wizualizując spędzenie roku w Lizbonie, trzymając w dłoni kartkę papel higiênico gotową do naklejenia na podajnik do papieru zadzwoniła do mnie Martyna mówiąc, że są już wyniki rekrutacji.

Turcja, Istambuł.

Gdybym była bohaterką kreskówki w kadrze znalazłaby się moja głowa, z której wystrzelony zostałby mózg.

A że nie byłam bohaterską kreskówki tępym wzrokiem przyjęłam wiadomość i mimo, że była trzecia popołudniu udałam się do łóżka, schowałam się pod kołdrę i płakałam do rana. Był to okres kiedy miałam wrażenie, że od jakiegoś czasu goni za mną burzowa chmura, obraziłam się na cały świat, nie jadłam nic oprócz czekolady i byłam przekonana, że świat pluje mi w twarz.

Turcja jest super, Istambuł też. Ale nie chciałam jechać tam na rok. Chciałam jechać do miejsca, w którym bez obaw będę jeździła sama autobusem po całym kraju, nauczę się języka.

W ciemnych okularach, aby zamaskować napuchnięte od łez oczy dotarłam na wydział, żeby zapytać czy to, że nie dostałam Lizbony to nie jest jakiś błąd. Nie był. Głupio mi było siedzieć w pokoju w tych okularach, gdy je zdjęłam koordynatorki trochę się przestraszyły, chyba było widać na mojej twarzy, że od rana płaczę. Zapytały w czym mogą pomóc, powiedziałam, że nie chcę jechać do Turcji i czy coś jeszcze jest. Przebierając ofertami Uczelni jak marchewkami w warzywniaku zapytałam co jest wolnego. Możliwie najbliżej Portugalii. Usłyszałam, że Madryt i jakaś Pampeluna.

Zapytano mnie czy mówię po hiszpańsku. Odparłam, że nie szczególnie, co prawda wiedziałam jak jest tęcza, truskawka oraz skarpetki, ale odparłam szczerze, że poddaję pod wątpliwość, czy będę w stanie studiować w tym języku prawo.

Usłyszałam, że w takim wypadku do Madrytu mnie nie wyślą, ewentualnie Pampeluna. Zapytałam czy mogę udzielić odpowiedzi za minutę. Poinformowano mnie, że mogę nawet za pięć. Wyszłam na korytarz, obejrzałam zdjęcie Pampeluny w Wikipedii.

Ilustracja

Pomyślałam, że trochę wiocha ale chociaż są góry, nie wiedząc, że obrażam miasto, w którym spędzę najlepszy rok mojego życia.

Otarłam łzy, wróciłam do pokoju, powiedziałam, że skoro nie ma nic innego to biorę tę Pampelunę. Gdybym wtedy wiedziała, że decyzja podjęta pod pokojem 3.33 w takim stopniu wpłynie na to kim jestem teraz zapewne wyskoczyłabym do sklepiku przy rondzie, kupiła szampana i skonsumowała go w wydziałowej toalecie. A że nie wiedziałam co ta decyzja implikuje wyszłam z budynku, trochę niezadowolona, trochę smutna, że nie ta Lizbona. „Ma pani całe wakacje, żeby nauczyć się hiszpańskiego” pulsowało mi w głowie.

Od Uniwersytetu otrzymałam trzymiesięczny kurs. Niestety okres nauki hiszpańskiego zbiegł się z moimi egzaminami ze specjalizacji w ramach prawa francuskiego. Ostatecznie nie wiem jak zdałam ostatni egzamin ustny. Mam wrażenie, że po francusku mówiłam mocno sepleniąc oraz używając hiszpańskich łączników. Francuski bardzo ucierpiał na nauce hiszpańskiego. Polski też. Dużo plułam, mówiąc.

2013-10-26-192

Na wyjazd do Serbii uzbroiłam się w książeczkę z rozmówkami hiszpańsko-polskimi. Pod koniec sierpnia opanowałam słownictwo niezbędne do zapytania w sklepie o dostępne rozmiary obuwia oraz cenę podstawowych produktów spożywczych. Do zrozumienia odpowiedzi jeszcze trochę mi brakowało. Liczebniki miałam opanowane do dziesięciu. Rozumiałam też słowa piosenki Me gustas tu.

Na tydzień przed planowanym wyjazdem zadzwoniłam do Martyny oświadczając, że nie jadę bo nie umiem hiszpańskiego. Powiedziała, że jestem głupia. Że się nauczę, że mam jechać (dziękuję ❤ ).

Pojechałam. Na lot do Bergamo odwiózł mnie Przyjaciel. Pamiętam jak byłam przerażona. Z Bergamo jechaliśmy autostopem, na Erasmusa (nie było łatwo spakować się na rok w jeden plecak). Jechaliśmy przez Włochy i Francję oraz Hiszpanię.

Gdy odwiedzałam moich Przyjaciół w Lleidzie plecak po przejechaniu autostopem połowy Europy był już trochę naddarty. W samotną podróż do Pampeluny udałam się z przesiadką w Saragossie. Padał deszcz. Lekko sfatygowany plecak rozdarł się całkowicie a ja sukcesywnie gubiłam resztki mojego Erasmusowego dobytku. Przełożyłam ubrania do worka na śmieci, który zaoferowała mi sprzątająca dworzec la señora de la limpieza. Po drodze w Mediolanie kupiliśmy jeszcze gitarę, chroniłam ją przed deszczem pod kurtką. Był sierpień, otaczał mnie ogrom przestrzeni i żółtych pagórków. Powoli zachodziło słońce, wsiadłam do autobusu, a pomarańczowe wzniesienia robiły się coraz bardziej czerwone, jechałam do Pampeluny. Droga była szeroka, moje policzki czerwone od silnego wiatru w Saragossie, włosy sklejone przez letni deszcz. Zasnęłam w autobusie, obudziłam się dopiero jak zaczęliśmy dużo skręcać po jakimś mieście. „Pampeluna!”, krzyknął kierowca PKSu.

2013-10-25-185

Wysiadłam, przywitałam to miasto ze sklejonymi włosami, wypiekami, dobytkiem mojego życia w niebieskim worku na śmieci, gitarą pod kurtką i w zimowych kozakach, mimo że lato.

Zrobił się wieczór, na La Ciudadela siedziała grupka ludzi, z gitarami, chociaż to przecież nie był film to grali

Nie było łatwo, kompromitacji językowych było dużo. A to raz przypadkiem powiedziałam profesorowi, że jestem w ciąży, a to zamiast ksiądz napisałam kura. Zamieszkałam ze wspaniałymi ludźmi o których można by napisać książkę. Zaczęłam oglądać po hiszpańsku filmy, choć nic nie rozumiałam. Tłumaczyłam sobie piosenki. Łaziłam wszędzie ze słownikiem, zamieszkałam z Hiszpanami. Nie wiem kiedy hiszpański zaczęłam wchłaniać jakbym była jedną wielką chodzącą gąbką. Zresztą wszyscy, moje wspaniałe koleżanki z Polski, Marta, Kasia i Patrycja też nauczyły się bardzo szybko. Powoli zaczęłam rozumieć rozmowy w sklepie, udało mi się robić jakieś notatki na wykładach. Mieszkanie obklejone było karteczkami. Na Universidad Publica de Navarra zapisałam się na przedmiot Habilitades Comunicativas, na poziom B1. Słuchałam dużo radia (hiszpańska trójka jest trochę podobna do polskiej), rozmawiałam ze współlokatorami choć byłam świadoma, że dzień w dzień powiem jakieś kretyństwo. Zagadywałam ludzi w sklepie. Zagadywałam ludzi w kawiarniach. W Hiszpanii ludzie w kawiarniach lubią mówić. W Pampelunie na Plaza de Castilla pisywał sobie Hemingway. Rozumiem dlaczego. Całą historię tego kraju poznałam w cafeterías.

2013-10-25-169

Jeżeli zastanawiasz się czy jechać na Erasmusa do Hiszpanii i boisz się o swój poziom języka to się nie bój.

Trzeba ufać nitce. Napisałam to wszystko bo przypadkiem wpadł mi w ręce wniosek Erasmusowy. Jeżeli się wahasz, nie wahaj się. JEDŹ!!! 🙂

Z perspektywy czasu z przerażeniem myślę o tym, że wtedy, pod pokojem 3.33, mogłam podjąć jakąkolwiek inną decyzję.

Kocham tę decyzję.

DSC06131

A na San Fermines było tak.

KRAJ BASKÓW II, napisy na murach

Zwykły wpis

O Kraju Basków pisaliśmy już tutaj.

Pod koniec dziewiętnastego wieku wraz z rozwojem myśli narodowej zaczęto badać narodowość baskijską. Postacią niezwykle istotną dla tego okresu rozwoju Kraju Basków był Sabino Arana, baskijski nacjonalista, który promował używanie języka baskijskiego, choć sam się go nauczył w wieku dość podeszłym, bo mając dwadzieścia pięć lat. Zaczęły się rodzić takie terminy jak rasa baskijska. Na początku dwudziestego wieku przeprowadzono nawet badania, których efektem był wniosek, że wśród Basków odnaleźć można najwyższy odsetek osób posiadających grupę krwi 0Rh-. Było to, zdaniem Arany, skutkiem niezanieczyszczenia krwi baskijskiej przez krew rzymską, wizygocką czy arabską, a samych Basków nazwał aborygenami półwyspu. Nacjonalizm baskijski pod koniec wieku dziewiętnastego zaczął przeżywać okres swojej świetności, zaprojektowano baskijską flagę ikurriña

Flaga baskijska jest jednolicie czerwona (kolor czerwony symbolizuje prowincję Vizkaya, której stolicą jest Bilbao) z białym katolickim krzyżem prostym oraz zielonym krzyżem ukośnym, znanym jako krzyż świętego Andrzeja, który ma symbolizować nadzieje na niepodległość Kraju Basków, a swoją zielenią symbolizuje wspomniany już wcześniej Dąb z Gereniki.

Na początku dwudziestego wieku Hiszpanie były dwie, każda miała swoją koncepcję na istnienie państwa Hiszpańskiego, jedna odśrodkowa, popierająca republikański system budowy państwa, dążąca do rozszerzenia autonomii regionów, druga monarchistyczna. A nieporozumienia postanowili rozwiązać w sposób najgłupszy jaki wymyśliła ludzkość czyli za pomocą wojny.

W ’36 wybuchła guerra civil, po jednej stronie stali hiszpańscy liberałowie, republikanie oraz komuniści, po drugiej natomiast prawicowa opozycja, dowodzona przez gen. Franco wraz z którym walczyli monarchiści, nacjonaliści, konserwatyści i faszyści. Można by sytuację uprościć stwierdzając, że walczyli Hiszpanie z Hiszpanami gdyby nie fakt, że na ratunek ratunek republikanom przybyły oddziały Rosji Radzieckiej, a w imieniu Franco np. na ziemie baskijskie Hitler zrzucił kilka bomb. W trakcie wojny domowej w Hiszpanii przebywał, będąc korespondentem wojennym, Ernest Hemingway, owocem tego pobytu są liczne opowiadania, reportarze oraz powieść Komu bije dzwon (jęz. hiszp. Por quién doblan las campanas). Powieść rozpoczyna cytat Johna Donnea „Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Wojna domowa ma w sobie ten dodatkowy aspekt zamieszania, że jeszcze bardziej nie wiadomo do kogo masz strzelać. Obydwie strony walczyły przecież o jedno i to samo. Bohater Komu Bije dzwon, Anselmo, republikanin, zakradając się do obozu faszystów stwierdził, że Faszystom jest ciepło i wygodnie – pomyślał – a jutrzejszej nocy pozabijamy ich. Dziwne to i nieprzyjemnie mi o tym myśleć. Śledziłem ich przez cały dzień i widzę, że są takimi samymi ludźmi jak my. Myślę, że mógłbym podejść do tartaku i zapukać do drzwi, a oni byliby mi radzi, tyle że mają rozkaz zatrzymywać wszystkich podróżnych i sprawdzać ich papiery. Dzielą nas tylko rozkazy. Ci ludzie to nie faszyści. Ja ich tak zwę, ale oni nie są faszystami. To tacy sami biedacy jak my. Nie powinni byli walczyć przeciwko nam i nieprzyjemnie mi myśleć, że trzeba ich zabijać. 

DSC06131

Przede wszystkim jednak, zarówno po jednej jak i po drugiej stronie przelewała się krew hiszpańska, a każda jedna śmierć utwierdzała istniejący już od wieków podział wewnątrz republiki, każdy zburzony w czasie wojny mur budował i umacniał niewidzialny mur istniejący pomiędzy dwiema Hiszpaniami. 

W kwietniu 1937 roku nazistowski legion Condor (na skutek współpracy Franco z Hitlerem) zbombardował historyczną stolicę Kraju Basków, Guernikę (to to miasto gdzie stał dąb). Atak kłócił się z ideami katolickiej krucjaty, które wygłaszał gen. Franco. Nalot stał się narzędziem żąglerki propagandowej, z jednej strony wojska republikańskie zawyżały liczbę ofiar (podając liczbę ofiar sięgającą nawet 3000 osób, obecne badania mówią o 120-300 ofiarach), faszyści natomiast winę chcieli zrzucić na Front Ludowy przedstawiając fałszywe tezy o tym, że Guernika nie została zbombardowana a spalona. Oficjalne oświadczenie strony faszystowskiej brzmiało: „Uważam, że Guernika nie została zbombardowana lecz spalona przez samych Basków. Ktokolwiek głosi inną tezę, ten w rezultacie uprawia brudną, czerwoną propagandę„, takie stanowisko było oficjalną wersją wydarzeń aż do śmierci dyktatora i zakończenia reżimu.

2013-10-27-199

Atak na miasto, które nie posiadało obrony przeciwlotniczej i zamieszkane było głównie przez ludność cywilną stało się symbolem okrucieństwa wojennego i zostało uwiecznione w ponadczasowym pacyfistycznym dziele Pablo Picasso Guernika. Pablo nie przepadał za Franco. Podczas gdy Guernika wyjechała w latach czterdziestych na wycieczkę do Nowego Jorku malarz wyraził wolę, żeby obraz wrócił do Hiszpanii dopiero jak zawita w niej demokracja, czyli jak zakończy się dyktatura gen. Franco. Dzieło wróciło do Królestwa dopiero w roku 1981 a od 1992 roku można je podziwiać w Museo Reina Sofía w Madrycie. Guernika stała się pacyfistycznym symbolem bezsensownego wojennego okrucieństwa i z tego też powodu jej replika znajduje się przy wejściu do sali głównej Rady Bezpieczeństwa ONZ w Nowym Jorku. W trakcie II wojny w Zatoce Perskiej w 2003 obraz zasłonięto błękitnym płótnem. Zdaniem dyplomatów decyzja ta miała mieszany wydźwięk. Większość konferencji prasowych i wywiadów odbywa się właśnie przed wejściem do sali Rady Bezpieczeństwa ONZ. New York Times postawiło hipotezę, że tło antywojennego dzieła jakim jest Guernika nie komponowało się z deklaracjami składanymi przez polityków w czasie trwania II wojny w Zatoce.

Teoretycznie wojna zakończyła się w 1939. W praktyce jednak trochę w Hiszpanii trwa do dziś.

 Zdjęcie flagi pochodzi ze strony elcorreo.es